niedziela, 13 grudnia 2015

Rozdział 14 - Sprawa względnie załatwiona

   Następnego dnia po... tym całym zdarzeniu z Feliksem, rozmawialiśmy, a także funkcjonowaliśmy normalnie, co było dla mnie dużym zdziwieniem. Zawsze myślałem, że u ludzi po pierwszym razie zachodzi jakaś zmiana, zaczynają na siebie patrzeć inaczej. Z Feliksem jednak nic się nie zmieniło, nadal mnie przytulał, nadal całował, patrzył na mnie, jak na najważniejszą osobę na świecie. Robiłem to samo, choć gdzieś w głębi myśli miałem na uwadze to, że osoba, którą kocham, zrobiła mi dobrze ustami po wyznaniu, jakie trzymałem w sobie od lat.  
   Był wieczór, godzina dziewiętnasta. Postanowiłem pójść się umyć, ponieważ nie zdążyłem tego zrobić rano przez osobę, która teraz tępo wpatrywała się w telewizor. Oznajmiłem Feliksowi, co zamierzam zrobić i ruszyłem na górę, do łazienki. Szybko zdjąłem z siebie ubrania oraz stanąłem na wadze. Pięćdziesiąt dwa kilogramy czystego tłuszczu.  
   Zszedłem z narzędzia tortur i bez zbędnych ceregieli, wszedłem pod prysznic. Odkręciłem ciepłą wodę i zamyśliłem się o pięknym świecie. Po prostu. 
   Jak idealny byłby świat, gdyby ludzie się nawzajem szanowali? Gdyby mówili „przepraszam”, „dziękuję” oraz „proszę”? Czasem wydaję mi się, że ludzie mówią te wszystkie słowa z „automatu”, nawet nie znając ich znaczenia. Często przepraszamy ludzi za byle co, na przykład za to, że na nich przez przypadek wpadliśmy na ulicy. Równie często nie umiemy przeprosić, przyznać się do winy i poprawić swoje postępowanie, tylko udajemy, że nic się nie stało. Przecież słowa nie ranią, nie krzywdzą ludzi, prawda?  
   Wiele osób przez kilka jebanych słów potrafiło sobie odebrać życie. Ludzie i tak sądzą, że słowami nie da się zranić ani krzywdzić innego człowieka. Mam wrażenie, jakbym żył wśród pustych ludzi. Spotkałem w swoim życiu tyle dobrych osób, na przykład Milena czy Feliks, ale także tle złych, typu brat Mileny. Skąd właściwie pojawił się taki podział w mojej głowie? Na dobrych i złych. To chyba będzie temat na kolejną rozkminę, panie Michale, zażartowałem w myślach. 
   Wyszedłem spod prysznica i owinąłem się ręcznikiem. Miałem ochotę jak najszybciej znaleźć się w łóżku wraz z Feliksem, ponieważ jutro mieliśmy iść biegać z rana i chciałem się wyspać. Szybko wytarłem twarz oraz resztę ciała i poszedłem do pokoju po piżamę. Pominę fakt, że drgałem cały czas z zimna i praktycznie biegłem do swojego pokoju, co pewnie wyglądało komicznie z perspektywy trzeciej osoby.  
   Zabrałem szybko piżamę i popędziłem do ciepłej łazienki. Przebrałem się, ułożyłem włosy oraz popatrzyłem chwilę na swoje odbicie w lustrze. Kiedy człowiek zaczyna tak na siebie patrzeć, po pewnym czasie czuje się niekomfortowo i dziwnie. Tak było i w moim przypadku. Im dłużej wpatrywałem się w swoje oczy, tym większy czułem dyskomfort. Jakbym zaglądał w głąb swojej duszy. Nie rozumiałem, jak Feliks mógł patrzeć wprost w me oczy i odczuwać z tego powodu szczęście. Było to dla mnie niezrozumiałe.
   Jednakże z drugiej strony, ja miałem tak z nim. Potrafiłem patrzeć w karmelowe oczy Feliksa godzinami i nie czuć tego, co teraz. Jakie to wszystko jest dziwne, pomyślałem. Dla odmiany, uśmiechnąłem się do lustra. Szczerze, bo pomyślałem o Feliksie. Stwierdziłem, że wyglądam... słodko? Uroczo? Coś takiego. Zaśmiałem się.
   Nagle usłyszałem pukanie do drzwi łazienki. Chyba to oczywiste, że zapukał Feliks. Powiedziałem, żeby wszedł, podczas gdy poprawiałem włosy i koszulkę do spania.
     – Są idealne, nie musisz ich poprawiać – powiedział z uśmiechem.
   Popatrzyłem na niego z leciutkim uśmiechem i opuściłem ręce.
     – No skoro tak mówisz... to to musi być prawda, co nie? – spytałem z nutką sarkazmu w głosie.
   Prawda była taka, że dla Feliksa zawsze wyglądałem jak Bóg, nieważne, czy w danej chwili spałem, jadłem, biegałem czy się myłem (w tej sytuacji jeszcze mnie nie spotkał). Popatrzyłem na niego z przechyloną głową.
     – Tym razem naprawdę wyglądasz pięknie. Masz słodką, za dużą koszulkę w groszki oraz spodnie, których w gruncie rzeczy nie powinieneś mieć. – Wyczułem podtekst i zaczerwieniłem się lekko. – Ogólnie wyglądasz jak ciasteczko.
   Zmarszczyłem brwi i spojrzałem po sobie. Serio? Ciasteczko?
     – Bardziej jak falafel – odpowiedziałem i prychnąłem.
   Feliks spojrzał na mnie spod przymrużonych oczu. Nie wiem co sobie o mnie pomyślał, ale na pewno coś z łaskotaniem albo przytuleniem mnie. On praktycznie cały czas o tym myślał, tak mi się przynajmniej zdawało.
     – Ale słodki falafel – mruknął optymistycznie.
   Uśmiechnąłem się szeroko i spuściłem głowę ze śmiechu. Tak przyzwyczaiłem się do tych tekstów Feliksa, że nawet takie coś mnie śmieszy. Podszedłem do swojego chłopaka i popatrzyłem na niego dumnie.
     – Dziękuję – wyszepnąłem wprost w jego usta.
   Uśmiechnął się leciutko i zepsuł moją fryzurę. Zacząłem się cofać, jednak on cały czas na mnie napierał. W końcu odpuściłem i z udawanym stoickim spokojem przypatrywałem się, jak niszczy moje minuty pracy.
     – Teraz wyglądasz jeszcze piękniej – wyszeptał do mojego ucha.
   Zamknąłem oczy i dokładnie wsłuchałem się w jego głos. Był leciutko zachrypnięty, jakby Feliks dopiero wybudził się z drzemki. Może rzeczywiście tak było, co nie zmienia faktu, że był seksowny i podniecający. Feliks przyparł mnie delikatnie do ściany, jakby to było jego zamiarem od początku.
     – Dzięki. A tak się napracowałem... – westchnąłem z udawanym smutkiem.
   Feliks trzymał jedną ręką moją twarz i drugą trzymał w okolicach prawego biodra. Opierałem się całym ciężarem ciała o ścianę i patrzyłem na Feliksa spod przymrużonych oczu.
     – Chodź spać. Jesteś zmęczony, widzę te wory pod oczami. – Dotknął ich nosem. – Wstajemy jutro o szóstej trzydzieści, więc warto byłoby się wyspać, nie sądzisz?
   Stykaliśmy się nosami, jeździł palcem po moim policzku. Starałem się mieć otwarte oczy, jednak zamknięcie ich dawało pole do popisu innym zmysłom. Na przykład dotyku.
     – Sądzę. Tylko jak mam spać, kiedy mój wyidealizowany chłopak przyparł mnie do ściany? – Odbiłem piłeczkę.
   Feliks pocałował mnie delikatnie w usta i jeszcze bardziej się do mnie przybliżył. Ręką nadal trzymał moją twarz i przybliżał ją do siebie. Złapałem Feliksa za szyję i również go przybliżyłem. Byłem pewniejszy od ostatniego zbliżenia z Feliksem. Wiedziałem, co może zrobić. Wiedziałem, co mogę zrobić.
   Ale także wiedziałem, kiedy skończyć.
     – Chodźmy spać, kotku. – Ostatnie słowo specjalnie zaakcentowałem. – Sam przyznałeś, że jestem bardzo zmęczony.
   Feliks nawet nie napierał. Chyba sam nie miał ochoty na jakieś igraszki czy coś w tym stylu. Poszliśmy do mojego pokoju, gdzie czekało na nas pościelone łóżko. Uśmiechnąłem się do Feliksa. Miło, że posprzątał i pościelił.
   Podłączyłem telefon do ładowania. Zbliżała się dwudziesta druga, więc była to dość wczesna pora, jak na wakacje. Roztrzepałem jeszcze bardziej swoje włosy i odwróciłem się. Czekał na mnie miły widok pleców Feliksa, który aktualnie przebierał się w piżamę. Starałem się na niego nie patrzyć zbyt intensywnie, bo wiedziałem, jak mój przyjaciel może zareagować. Oczywiście chodziło mi o tego przyjaciela... z niższych sfer.
   Położyłem się na łóżku i okryłem do połowy kołdrą. Jedną nogę miałem wyciągniętą, trzymałem nią kołdrę między obiema kończynami. Tak było mi dość wygodnie, choć brakowało osoby obok. Za bardzo przyzwyczaiłem się do Feliksa. Do jego obecności. Odrzuciłem od siebie tę myśl. Wolałem nie zawracać sobie głowy takimi rzeczami.
   Feliks położył się obok i od razu odwrócił mnie w swoim kierunku. Przytuliłem go i „zabrałem” mu jego nogę. Mówiąc prościej, użyłem go jako żywej kołdry. Ułożyłem się wygodnie i popatrzyłem na Feliksa. Uśmiechał się szeroko mimo zmęczenia.
     – Czemu się uśmiechasz? Jesteś bardzo wygodny.
   Wziął moją dłoń i ją pocałował. Takie małe gesty zazwyczaj wywoływały u mnie rumieniec na twarzy, tak jak teraz. Przybliżyłem się do niego jeszcze bardziej i zamknąłem oczy.
     – Dobranoc, kolorku. Kocham cię. – Usłyszałem nad swoją głową.
     – Dobranoc, szalony muzykancie. Też cię kocham, mokrych snów.
   Minęła chwila ciszy.
     – Chwila... jakich?! – Oburzył się Feliks.
   Zaśmiałem się.
     – Mokrych. I tylko ze mną.
     Ostatnim, co usłyszałem zanim zasnąłem, były słodkie słówka skierowane do mnie przez najbardziej zboczonego chłopaka w dziejach ludzkości.

***

   Obudził mnie dźwięk budzika dzwoniącego tuż przy moim uchu. Kto go tam zostawił? Kto chciał mojego zgonu?
   Wyłączyłem go szybko i rozejrzałem się po pomieszczeniu. W łóżku nikt inny prócz mnie nie leżał, co wydawało mi się dziwne. Jednak ubrania Feliksa nadal były zawieszone o oparcie do krzesła. Żeby rozwiać wątpliwości, sprawdziłem godzinę. Szósta trzydzieści dwa.
   Przetarłem oczy i odblokowałem ekran ponownie, nieraz zdarzało mi się pomylić godziny. Jednak nawet po wykonaniu tych czynności, godzina nie uległa zmianie.
   Postanowiłem wstać i rozejrzeć się po całym mieszkaniu. Przeczekałem bóle głowy, które towarzyszyły mi za każdym razem, gdy siadałem z pozycji leżącej i stanąłem na zimnej podłodze. Powoli, ale cicho podszedłem do łazienki, w nadziei, że Feliks właśnie tam spędza poranek. Nie myliłem się, aczkolwiek nie robił tam tego, co robi się w łazience.
     – Kiedy dasz mi spokój? – Usłyszałem wściekły głos Feliksa. – Nigdy do ciebie nie przyjadę, zapomnij.
   Przybliżyłem się do drzwi i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Przez myśl przeszło mi, że Feliks nie pierwszy raz prowadzi jakieś dziwne rozmowy, z dala ode mnie, jakby coś ukrywał.
     – Tylko spróbuj go skrzywdzić, a pożałujesz. – Groźba wypowiedziana przez zamknięte zęby brzmiała najgorzej. – Nie zepsujesz niczego. Nie można tego popsuć.
   W głębi duszy wiedziałem, że ta rozmowa dotyczy mnie. Jednocześnie zaś chciałem, żebym to nie ja był najważniejszy w tej dyskusji. Nie chciałem nowych problemów. Ani nowych kłótni.
     – Nigdy się nie spotkamy. Nara. – Odłożył z hukiem telefon na kawałek drewna obok umywalki.
   Nie wiedziałem zbytnio, co miałem zrobić w takiej sytuacji. Czy do niego wejść i go pocieszyć, czy może wrócić do łóżka i udawać, że nic się nie stało? Wybrałem pierwszą opcję. Dość uciekania przed problemami, Michał. Stawisz im czoło i zwyciężysz, to sobie powtarzałem.
     – Feliks? – mruknąłem cicho przez drzwi.
   Chciałem wejść do niego tylko wtedy, gdy mi na to pozwoli.
     – Michał? Tak wcześnie wstałeś? – zapytał i przybliżył się do drzwi, jednak ich nie otworzył.
     – Tak. – Spuściłem delikatnie głowę i przybliżyłem się jeszcze.
   Dotknąłem framugę drzwi wyobrażając sobie, że łapię dłoń Feliksa, aby dodać mu otuchy.
     – Słyszałeś... wszystko? – spytał niepewnym głosem.
   Pokiwałem głową, choć wiedziałem, że tego nie zobaczy.
     – Tak. Wszystko.
   Feliks westchnął ciężko i położył rękę na klamce. Odsunąłem się kawałek, by drzwi mnie nie uderzyły, a następnie zaczekałem.
     – Przepraszam. – Usłyszałem, gdy tylko zobaczyłem Feliksa.
   Pokiwałem kolejny raz głową i podszedłem do niego. Złapałem jego dłonie, spojrzałem mu w oczy. Były takie zagubione i przestraszone. Nie chciałem, żeby tak było. Ale jedyne co mogłem zrobić, to powiedzieć:
     – Wszystko będzie dobrze.
   Może i są to trzy banalne słowa, ale nieraz potrafią podnieść na duchu. Stanąłem na palcach i pocałowałem Feliksa w policzek. Następnie kolejny raz spojrzałem w jego oczy. Zobaczyłem poprawę.
     – Chcesz o tym porozmawiać? – zapytałem.
   Feliks pokiwał twierdząco głową, co było miłym zaskoczeniem. Kto wie, może uda nam się rozwiązać problem szybciej, niż się pojawił?
    Zeszliśmy na dół, do kuchni, zrobić sobie śniadanie i porozmawiać.
     – To ciężki temat – zaczął niemrawo Feliks. – Na pewno chcesz być w to zamieszany?
     – Chyba już jestem – odpowiedziałem. – Chcę wiedzieć, na czym stoimy. Poza tym, jeżeli masz problem, powinienem o tym wiedzieć. Taka przynajmniej wydaję mi się idea związku.
   Feliks mimo okoliczności uśmiechnął się i pocałował mnie w nosek. Nie pytajcie, jak bardzo musiał się przy tym schylić i wygiąć.
     – Dobra, ta sprawa ciągnie się od kiedy zerwałem z dziewczyną. Pamiętasz? – Wolałem nie przypominać sobie tamtych czasów, więc szybko pokiwałem głową. – Ta dziewczyna mnie tak jakby szantażuje. Wydzwania codziennie. Spotkałem ją nawet w sklepie, kiedy ty byłeś u fryzjera.
     – Wie, gdzie mieszkamy? – przerwałem.
     – Nie. Na szczęście zna tylko mój numer i stary adres.
   Odetchnąłem z ulgą. Nie chciałem mieć problemów z jakąś psychopatką dobijającą się moich drzwi.
     – Może powinieneś zadzwonić na policję? – zaproponowałem nieśmiało.
   Feliks natychmiast zaprzeczył głową i zaczął coś mruczeć, że nie może tego zrobić.
     – To cięższa sprawa niż się wydaje. Zerwałem z nią przez to, że... – zamknął oczy i usiadł. – Brała i najprawdopodobniej bierze narkotyki.
   Oczy mi się rozszerzyły, oparłem się o blat. Ja pierdole.
     – Od jak dawna? – zdołałem taką odpowiedź z siebie wykrzesać.
     – Jakieś pół roku. Tolerowałem to, ale w pewnym momencie to zaczęło nad nią władać. Wtedy zerwałem. – Zrobił chwilę przerwy. – Nie możemy zadzwonić na policję, zabiorą ją do więzienia.
     – A może to i dobrze? – rzuciłem.
   Popatrzyłem w oczy chłopaka. Zarówno on, jak i ja, nie wiedział co zrobić. Mi jednak wydawała się sprawa oczywista.
     – Może zrobimy tak. Jeżeli nadal będzie się naprzykrzać, ale nic nam nie zrobi, to zignorujesz ją. Jak odpuści, wygrana nasza. Ale jak choćby raz najdzie na nas w jakimkolwiek miejscu, od razu dzwonię na policję.
   Dałem Feliksowi chwilę, by zastanowił się, czy taki układ mu pasuje. Nie chciałem, abyśmy żyli w ciągłym strachu, czy przyjdzie do nas psychopatka, czy może jej się odwidziało.
     – Dobra. To dobry plan.
   Odetchnąłem z ulgą i podszedłem do Feliksa. Nachyliłem się nad nim i oprawiłem jego włosy.
     – Nie mogę pozwolić, by kolejna bliska mi osoba cierpiała, rozumiesz? – powiedziałem z niekrytym już bólem. – To, co zrobiłem Tobie, Milenie, Matce, wystarczy. Nie chcę skrzywdzić cię jeszcze bardziej.
   Feliks wyraźnie chciał zaprzeczyć, dla niego byłem zagubionym nastolatkiem, a nie krzywdzącym wszystkich chłopakiem.
     – Nie zaprzeczaj. Wiem, co zrobiłem źle, jak bardzo zraniłem ważne osoby w moim życiu. Nie po to kończę z nałogiem, by pojawił się kolejny problem. Rozwiążemy go razem, będziemy wspierać się razem, naprawimy to. Proszę.
   Mój chłopak pokiwał głową i wstał. Przytulił mnie mocno, zaczął szeptać do ucha podziękowania. Ja natomiast zastanawiałem się, co właśnie powiedziałem. Fakt, cieszyłem się z takiego rozwoju sytuacji, ale nie sądziłem, że powiem to z taką pewnością w głosie. Przybiłem sobie mentalną piątkę i otuliłem Feliksa.
     – Kocham cię, kolorku. – Usłyszałem.
   Zaśmiałem się cichutko i pocałowałem Feliksa w szyję. Następnie brązowooki złapał moją twarz w obydwie dłonie i mocno pocałował. Nie mogłem utrzymać się w pozycji stojącej i kiedy myślałem, że upadnę, Feliks puścił moją twarz i przerzucił się na nogi. Nadal mnie całując, podrzucił mnie i wyszło na to, że trzymałem się udami jego bioder.
   Chciało mi się śmiać, ale skupiłem się na kontynuowaniu pocałunku. Kiedy oderwaliśmy się od siebie, obydwoje zaczęliśmy się głośno śmiać. Feliks trzymał mnie w okolicy tyłka i oblizywał wargi w przerwie od śmiania.
     – Puść mnie, zaraz cię zmiażdżę – ostrzegłem żartobliwie.
   Feliks jeszcze mnie do siebie przybliżył. Ten niewyżyty zboczeniec jest coraz bardziej podniecony, przeszło mi przez myśl.
     – Nie. Mi taka pozycja pasuje, a tobie?
   Zaśmiałem się histerycznie i starałem ukryć rumieniec. Głupie podteksty.
     – Mi również. Bardzo wygodna, mogę sobie usiąść, ale obawiam się, że ty odczuwasz dyskomfort. – Zrobiłem smutną minkę.
     – Ja? – Prychnął. – Mi jest bardzo wygodnie, zawsze mogę cię podnieść lub upuścić w razie potrzeby. Poza tym, miło mi się służy jako krzesło.
   Próbowałem zakryć uśmieszek, który skradał się na moją twarz przez całą jego wypowiedź. Rozluźniłem nogi i stanąłem na nich, stając się znów niższy od Feliksa.
     – A było tak fajnie... – mruknął.
   Dałem mu kuksańca w bok i zaśmiałem się. Wziąłem przygotowaną wcześniej jajecznicę oraz kanapki i położyłem obydwie rzeczy na stole. Feliks natomiast położył przy talerzach herbatkę.
   Zjedliśmy szybko w trymiga, rozmawiając przy tym o bezsensownych rzeczach. Dowiedziałem się z tej rozmowy, że Feliks jak był mały, uwielbiał latać za pszczołami, a potem uciekać do domu i patrzeć jak one się wkurzają. Taa... on zdecydowanie nie był (ani nie jest) normalnym dzieckiem.
   Potem poszliśmy załatwić sprawy łazienkowe, ubraniowe i Bóg wie jakie jeszcze. Po jakichś dwudziestu minutach byliśmy gotowi do wyjścia.
   Bieg nie wydawał mi się miłym przeżyciem. Jednak, z Feliksem, chyba dam radę przebiegnąć parę kilometrów, nie dysząc jak zbity pies. Rozpoczęliśmy wolnym truchtem, najpierw rozgrzewka. Wspólnie zadecydowaliśmy, że pobiegniemy tak do najbliższego parku, tam zrobimy krótką przerwę i ruszymy dalej.
   Jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy.
   Usiadłem na ławce, już lekko zmęczony. Odległość jaką przebiegłem, może nie była zbyt duża, ale mi już dawała w kość.
     – Musimy dalej biec? Jestem ciamajdą, jeżeli chodzi o bieganie – wysapałem.
     – Musimy. Właśnie chodzi o to, żebyś przestał być ciamajdą.
   Wypiłem połowę butelki wody jednym łykiem i wstałem. Z jednej strony tak bardzo nie chciałem biegać, lecz z drugiej, nie chciałem zawieść Feliksa. Spiąłem się, popatrzyłem pewnie przed siebie i zacząłem trucht.
   Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy zauważyłem Jakuba machającego do mnie, możecie domyślić się sami.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam wszystkich bardzo serdecznie, po tej zdecydowanie za długiej przerwie!
Baaardzo chciałam was przeprosić. Tak długie przerwy mi się nie zdarzały jeszcze :// 
Mam nadzieję, że rozdział wam się spodobał :)) 
Bardzo miło mi się go pisało po takiej przerwie. Mam głowę pełną pomysłów. 
Chciałabym, spróbuję, napisać kolejny rozdział jeszcze przed świętami w ramach rekompensaty :3
Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie, zachęcam do komentowania oraz brania udziału w ankietach <3 
Kooocham Was <3